Autor: Oliwia Rychert
Współczesne albumy rodzinne przestały być intymną pamiątką przechowywaną w domowych zakątkach. Przeniosły się do chmury, na tablice Facebooka i dynamiczne relacje na Instagramie czy TikToku. Choć dzielenie się sukcesami i radosnymi chwilami z życia dzieci wydaje się naturalnym przedłużeniem rodzicielskiej miłości, zjawisko to doczekało się własnej, niepokojącej nazwy: sharenting (zbiór słów share – udostępniać oraz parenting – rodzicielstwo).
W dobie walki o uwagę i zasięgi, granica między dumą a naruszeniem prywatności staje
się wyjątkowo cienka. Gdzie przebiega linia, której przekroczenie może kosztować nasze dziecko utratę intymności i bezpieczeństwa?
Dla wielu dzieci „ślad cyfrowy” (ang. digital footprint) zaczyna się na długo przed przyjściem na świat. Fotografie z badań USG, relacje z baby shower czy transmisje z urządzania dziecięcego pokoju stały się standardem komunikacji w sieci.
Z raportu „Digital Birth” (będącego częścią międzynarodowego badania „Digital Diaries” firmy AVG Technologies, oficjalnie cytowanego m.in. przez polski NASK) wynika, że aż 23% dzieci rozpoczyna swoje cyfrowe życie jeszcze przed narodzinami, właśnie za sprawą zdjęć ultrasonograficznych (USG) wrzucanych przez rodziców. Co więcej, średnio 81% dzieci poniżej drugiego roku życia w krajach rozwiniętych (a w samych Stanach Zjednoczonych aż 92%) posiada już bogatą historię online, stworzoną bez ich wiedzy i zgody.
Rodzic, działając w odruchu czułości, buduje cyfrową tożsamość zastępczą.
Jest to zestaw informacji, zdjęć i opinii, które będą towarzyszyć dziecku przez całe życie. Dziecko wchodzi w wiek szkolny z gotowym „portfolio”, na którego treść nie miało żadnego wpływu. Jednak w naszej Fundacji od zawsze edukujemy, że prawo do decydowania o własnym wizerunku jest jednym z fundamentów wolności jednostki – sharenting tę wolność odbiera już na starcie.
Zanim ocenimy sharenting jako zjawisko wyłącznie negatywne, warto zrozumieć mechanizmy, które pchają rodziców do sieci. Technologia zaspokaja nasze podstawowe potrzeby psychologiczne, ale robi to w sposób pozorny i uzależniający:
Najbardziej skrajną i niebezpieczną odmianą sharentingu jest kidfluencing, czyli wykorzystywanie wizerunku dziecka do celów marketingowych oraz troll parenting.
Kidfluencing to nic innego jak komercyjne wykorzystywanie wizerunku i codzienności dziecka. Dzieci stają się twarzami kampanii marketingowych, biorą udział między innymi w tzw. unboxingach zabawek, a ich „naturalne” reakcje są reżyserowane pod dyktando sponsorów. W tym modelu dom rodzinny bezpowrotnie zamienia się w plan zdjęciowy, a dzieciństwo w pracę na pełen etat. Głośno mówimy o tym, że mamy tu do czynienia z cyfrową pracą dzieci (ang. digital child labor), która w Polsce wciąż nie doczekała się systemowego uregulowania. Dziecko rzadko kiedy ma realny dostęp do wygenerowanych przez siebie zarobków, które trafiają bezpośrednio do kieszeni rodziców. Zaciera się też najgorsza granica: dziecko uczy się, że akceptacja, uwaga i miłość rodzica są warunkowane udanym „ujęciem” i posłuszeństwem przed obiektywem smartfona.
Troll parenting, czyli zasięgi budowane na upokorzeniu Ten drugi termin zyskał w ostatnim czasie szczególną uwagę opinii publicznej. To zjawisko polegające na nagrywaniu i publikowaniu filmów, na których rodzice celowo straszą, doprowadzają do płaczu, ośmieszają lub oszukują swoje dzieci pod pozorem „żartu” – wszystko po to, by zdobyć wiralowe zasięgi.
Innymi słowy, dziecko przestaje być podmiotem, a staje się generatorem przychodu i uwagi. Naruszenie prywatności miesza się tu z czystą eksploatacją psychiczną i ekonomiczną.
Problem pojawia się w momencie, gdy chęć pokazania „prawdziwego życia” wygrywa
z szacunkiem do godności dziecka. Eksperci wyróżniają trzy główne obszary nadużyć:
A. Sytuacje kompromitujące i „shaming”
Zdjęcia dziecka płaczącego na nocniku, umorusanego jedzeniem, czy w trakcie napadu złości. Rodzic może postrzegać to jako „uroczą autentyczność” lub sposób na rozładowanie własnej frustracji (szukanie współczucia u innych rodziców). Jednak dla nastolatka za dekadę te same zdjęcia mogą stać się paliwem dla rówieśniczego hejtu i cyberbullyingu.
B. Naruszenie intymności fizycznej
Publikowanie zdjęć z kąpieli, w samej bieliźnie czy podczas zabiegów medycznych.
Istnieje cienka granica między „edukacją o zdrowiu” a wystawianiem bezbronnego dziecka na widok publiczny. Wizerunek nagiego lub półnagiego dziecka w sieci to nie tylko kwestia estetyki, to realne ryzyko trafienia tych zdjęć do baz danych pedofilskich.
C. Informacje wrażliwe i bezpieczeństwo fizyczne
Udostępnianie zdjęć z widocznym logotypem przedszkola, lokalizacja placu zabaw, podawanie pełnych imion i nazwisk. To bezpośrednie zaproszenie dla osób o złych zamiarach. Sharenting ułatwia nie tylko kradzież tożsamości, ale i fizyczne namierzenie dziecka.
Wielu rodziców uważa: „To moje dziecko, mój profil, moja sprawa”. To podejście istnie przedmiotowe. Z perspektywy psychologii rozwojowej i konwencji o prawach dziecka,
młody człowiek jest odrębną jednostką, a nie przedłużeniem ego rodzica.
Sharenting tworzy paradoksalną sytuację, w której rodzic, który jako naturalny opiekun staje
się osobą, która tę prywatność bezpowrotnie niszczy. Brak możliwości wyrażenia sprzeciwu przez dziecko nakłada na opiekuna podwójną odpowiedzialność: etyczną i moralną.
W 2026 roku sharenting to już nie tylko kwestia „wstydliwych zdjęć”. Rozwój sztucznej inteligencji przyniósł nowe niebezpieczeństwa:
Publikując w sieci, musimy pamiętać o zjawisku digital permanence. Raz wrzucone zdjęcie zostaje na serwerach na zawsze. Nasze dziecko, wchodząc w dorosłość, otrzyma od nas „cyfrowy plecak”, którego zawartość może wpłynąć na:
Przez lata rodzice czuli się bezkarni, zasłaniając się swobodą władzy rodzicielskiej. Przełomowy okazał się jednak rok 2025, gdy debata publiczna w Polsce gwałtownie przyspieszyła po kontrowersyjnym powołaniu przez znaną influencerkę Lil Masti (Anielę Woźniakowską) i jej męża fundacji „Dzieci są z Nami”. Organizacja ta zadeklarowała w swoim statucie m.in. „promocję wizerunku dzieci w przestrzeni publicznej” oraz sprzeciw wobec ograniczania ich obecności w sieci, co wywołało ostry sprzeciw środowisk psychologicznych i pedagogicznych.
Sytuacja ta zmusiła organy państwowe do zdecydowanych i sformalizowanych działań:
Nie musimy popadać w skrajną technofobię i całkowicie rezygnować z dzielenia
się radością. Kluczem jest jednak odpowiedzialność i wdrożenie żelaznych zasad bezpieczeństwa:
Duma z sukcesów dziecka, z jego pierwszych kroków czy uroczych min jest piękna
i w pełni naturalna. Jednak prawdziwa, głęboka relacja buduje się w uważności offline –
w momentach, które przeżywamy razem.
Zanim kolejny raz klikniesz „Udostępnij”, zatrzymaj się na sekundę. Twoje dziecko to
nie towar dla algorytmów społecznościowych. To odrębny człowiek, który w przyszłości podziękuje Ci za to, że zamiast budować mu cyfrowy plecak pełen upublicznionych sekretów, dałeś mu najcenniejszy prezent: prawo do prywatności i bezpiecznego, offline’owego dzieciństwa.
Pamiętajmy: najcenniejsze chwile z dziećmi to te, których nie widać w zasięgach,
ale które zostają w sercach. Relacja zawsze jest ważniejsza niż piksele.
Pomocne źródła i literatura uzupełniająca:
Raz w miesiącu w Twojej skrzynce mailowej: najnowsze wyniki badań, materiały edukacyjne oraz powiadomienia o nowych projektach.
Materiały edukacyjne
Raporty i publikacje
Scenariusze lekcji
Domowy kodeks
O nas
O Fundacji
Statut
Referencje
Księga znaku
Wykonanie: Maurycy Gast

